|
Pozwoliłem sobie na małą korektę tego tekstu, ale chyba warto było , bo to
coś z życia
Pzdr T
Użytkownik Dex napisał w wiadomości
news:brvpp0$cgu$1@nemesis.news.tpi.pl...
Idą Świeta, a to oznacza że... Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty.
Oznacza to, że będę latał po sklepach, przepychał się przez spoconych
ludzi
z
obłędem w oczach, żeby wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły. Co gorsza,
wszystko już kiedyś komuś kupiłem.
Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie kupię mu w tym
roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic
ukontentowała się kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za
tydzień kończył się termin ważności. W tym
roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby krem
przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden
krem nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na całej kasy na Boże
Narodzenie.
I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy program komputerowy,
choć i tak wiadomo, że przestanie się nim
zajmować Półmózg jeden. Żona będzie miała jak zwykle pretensje, że
Kowalska
z jej biura dostanie coś ładniejszego. W rezultacie kupię
byle co - jak co roku. Potem śledzik w pracy z ludźmi, których mordy są mi
nienawistne, i patrzenie na męki szefa, który życzy nam
dużo pieniędzy, choć wszyscy wiedzą, że dopiero wtedy byłby
szczęśliwy,
gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty
łańcuchem do komputera. Krwiopijca jeden. Potem wszyscy się nawalą jak
szpaki, a pan Henio obślini biust pani Bożeny z
księgowości, zamkną się oboje w archiwum, bo oni zawsze walą się jak
króliki, kiedy są naprani. Następnego dnia kac, w
dodatku żona będzie robić wymówki. Jeszcze tylko trzeba jebnąć w baniak
karpia, bo małżonka - uważacie - wrażliwa jest i na męki zwierzątka nie
może
patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez zmrużenia oka, garbata owca.
Przynieść i przystroić choinkę. Z dzieckiem, żeby miało
ciepłe wspomnienia z dzieciństwa, a ono w dupie ma choinkę, mnie, Boże
Narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny
może mieć jakiekolwiek wspomnienia? No i kolacyjka wigilijna. Rodzinna, mać
ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co
za kutas wymyślił ten łzawy termin rodzinna wieczerza?Przyjdą wszyscy
ci,
od których na co dzień trzymam się z daleka
z dobrym skutkiem. Usiądziemy za stołem... A nie, pardon, najpierw
prezenty! Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć, choć z góry wiem, że
ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków dopełniłby liczną kolekcję
podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił
szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do
śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś
kosmetyki. Jakie - będę wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w
pobliskim supermarkecie zaczną wyprzedawać to, czego
nie udało się upchnąć ludziom. Po prezentach się zacznie. Te same
kretyńskie dowcipy wuja Bronka, zwłaszcza, kurna,
ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego psa po to, żeby
narzygał
w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch
godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, jak to
dobrze, że trzymamy się razem. Gówno prawda
akurat, co wykażą następne dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już,
zacznie wyzywać swojego ślubnego od złamanych
chujów. To oczywiście prawda, ale dlaczego popierać to rzucaniem w niego
salaterką po śledziach? Mniejsza o jego
mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze przez
dwa tygodnie po Wigilii. Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku 6-letnia
latorośl
kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie kolacji i nie zakomunikuje
o tymradośnie jeszcze przed deserem. Bo to, że coś wywali sobie
na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko muszę przeżyć
debilne
gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście skoczą sobie do gardeł i
na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula Jadzia puści maleńkiego pawika
na ścianę koło swojego fotela i można będzie odtrąbić koniec męczarni.
A
nie, byłbym zapomniał. Kolejną rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to
religijna rodzina. No to pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą
cholerę tłuc się po nocy, żeby stać na mrozie w bezruchu przez godzinę
czy
więcej. Ciekawe, czy małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach
kościółka - jak to robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W
kościele, jeśli tam się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni
tylko dlatego stoją na własnych nogach, bo za duży
tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś beknie albo puści głośno bąka>,
ale i
tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo wszyscy drzemią na stojąco. Wracając
trzeba tylko będzie uważać na chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka
młodzież szczególnie lubi wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka
Edka,ale on chyba tego nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę.
Wreszcie
wychodzą z chałupy, wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych
troglodytów jest szczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka
dni
odpoczynku. Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się
kolejny kretyński wynalazek - Sylwester.
Ludzie! Kto to wymyślił?! Już od listopada ślubna wydala z siebie
idiotyczne pomysły, żeby pójść na jakiś bal. Jakbyśmy srali
pieniędzmi...
Albo żeby gdzieś wyjechać, gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod
fikusem, będzie miała tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na
balandze u Witka. Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje,
że to jakiś uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół
budżetu
domowego na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku
po
nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat w
Somalii przez kwartał. Ja się wbijam w garnitur, bo europejska cywilizacja
ją wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na siebie
marynarę,
co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy postronek. I tak mam
przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i jazda, a małżonka
kładzie
sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do pierwszego stawu, a daje
rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed konserwacją. I zajmuje ze trzy
godziny.Łazienka, oczywiście, zajęta i wszyscy pozostali domownicy mogą
szczać do zlewu, jak mają potrzebę, albo niech zdychają na uremię. U Witka
ten sam zestaw ludzki, ale czasem trafia się coś nowego, na czym można by
oko zawiesić. Jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą
chałupę, to ryzyko za duże. Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą
doprowadza się do stanu, w którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być
radosnym jak młody pies, szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w tany, nawet
jeśli ni pyty nie mam o tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy
miotają się w konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli
się
z tydzień. Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już
koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko,
na
co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te
oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego
najlepszego,
choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił czym prędzej.
Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu - rozmazane makijaże kobitek
(najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie mordą w sałatkę),
śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w kiblu. Norma. Ja,
oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności
odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu. I tak zakończę ten najgorszy
okres w roku...
Pzdr T
|